Archiwum

piątek, 24 października 2014

taki stary, taki zmarznięty...

Leżał. Na przejściu dla pieszych, na ścieżce rowerowej. Na ziemi, tak bezpośrednio. Czapka mu spadła, a przecież dziś tak zimno! Krew z ucha spływała, ciemniejsza taka niż nawierzchnia tej ścieżki.

Nad nim dwa okoliczne menelki. I żona, w podobnym wieku, próbująca wytłumaczyć dyspozytorowi gdzie jest, chociaż bladego pojęcia nie ma. Ciągnę więc N. za rączkę, bo sytuacja wygląda niefajnie. wyrywam tą słuchawkę. "grzebyka? nie ma takiej ulicy.." RZEBIKA, proszę pana, eR Zet E (drę się, na pewno się drę, bo to przecież ja..).

Broda mi już lata, ręce już powoli też, łzy .. no, jak zwykle...

rozpinam tą kurtkę, koszulę (zmarznie, zapalenie płuc gotowe myślę...). Klatka piersiowa taka chuda, taka z plamami starczymi. Kątem oka widzę, jak N. z żoną spacerują obok. Uciskam, uciskam, uciskam. Z tego co pamiętam, już nie trzeba szukać końca mostka, więc uciskam, tak na oko, o tu! Żebra takie kruche, przeskoczyły.. Poruszył szczęką, na pewno poruszył. Raz, drugi i trzeci!

Podbiega jakiś chłopak. Za nim drugi. Zmienia mnie. Dopiero teraz czuję jak mi ręce zmarzły. Farba z zebry wżyna mi się w kolana. I cały czas ryczę. Zbiera się grupka, komentują.
nie zwracam uwagi.

Autobus się zatrzymał, kierowca biegnie z apteczką.

Gdzie ta cholerna karetka??!! mam wrażenie że minęło 15 godzin od naszego telefonu...

Obok policjant, w cywilu, też na przystanku zostawił auto, pyta, czy to nie potrącenie.

W końcu jest i pogotowie, niosą sprzęt, podłączają AEG. Jest dobrze.

Pytam jego żony w czym pomóc, po kogo zadzwonić. Nigdzie. Ona opanowana jak jasna cholera, a ja ryczę jak głupia. Wciąż.

Kroplówka, masaż serca wciąż, wyjmują nosze, przekładają, zabierają go do szpitala. Na jakimś monitorze widać tętno. Uratowany.


Nie napiszę, że było pełno ludzi wokoło, bo nie było. Dwóch menelków, żona i ja z dzieckiem. Nie było wstydu, lęku, ale czy potrafię? Technicznie nie było to trudne. Owszem, kierowca i chłopak mieli więcej siły, ale wiem, że gdybym ja nie zaczęła odpowiednio wcześnie, nie wiem jaką robotę wykonałoby pogotowie.

Technicznie nie było to trudne. Trudniejsze byłoby później myślenie o tym, gdybym nie zareagowała. Trudne jest to teraz, kiedy myślę, że to żywy człowiek, że to mógłby być każdy z nas. Cały czas mam obraz tego człowieka w głowie, widzę jego kraciastą koszulę. Jego czapkę na ziemi...

Tak więc, ten tego.. nie bójcie się! Od Was może zależeć czyjeś życie..




3 komentarze:

  1. Karolina, jesteś wielka. Czytając ten reportarz bezwiednie lały mi się łzy, nie mogłem opanować wzruszenia choć wydawało mi się że jestem twardzielem, widać byłem. Gratuluję postawy , niby zwykłej, ludzkiej a tak wielkiej jak na dzisiejsze czasy pełne wrogości i znieczulicy. Pozdrawiam Cię i Twoją fajną rodzinkę.

    OdpowiedzUsuń
  2. O rety, aż ciary mam...wspaniała postawa. Sama nie wiem czy bym potrafiła, ale nigdy nie przyszło mi być w takiej sytuacji. Jesteś wielka, nic tylko naśladować :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Asia!! Sama do tej pory myślałam, że będę typem, który spuści głowę i przemknie dalej... Sumienie jednak jest silniejsze niż wszystko inne w takich chwilach!

      Usuń

będę wdzięczna za każdy pozostawiony komentarz :)

Żorzanka